-


KOPALNIA "REDEN"

     
         
    * GOSPODARKA < PRZEMYSŁ < WYDOBYWCZY < KOPALNIE WĘGLA KAMIENNEGO  
    * SPIS < STRONA GŁÓWNA < NOWOŚCI  
   


1920 - DG. Kopalnia "Reden". Chodnik. (FOTO: Zbiory własne nddg)

1939 DG - Rden. Kościół i Kopalnia "Reden". (FOTO: St. Doktorowicz - Hrebnicki. "Przewodnik po Zagłębiu Dąbrowskim" - Komitet Przewodnika po Zagłębiu Dąbrowskim - Sosnowiec 1939)


|:
OPIS i HISTORIA
|:
NA STARYCH MAPACH

 
         
     
 


 
         
 

-
OPIS i HISTORIA ^^ DO GÓRY ^^vv W DÓŁ vv

   
 
18730000 DG - Dom w kolonii Reden. (FOTO: "Dąbrowa Górnicza" - Wydawnictwo "Śląsk" Katowice - 1976)

1916 - Dąbrowa. Kopalnia "Reden". Baseny płuczkowe. Wydawnictwo Kart Ilustrowanych - R. Brandys - Dąbrowa - 1916. Fragment. (FOTO: Prywatna kolekcja kart pocztowych - Robert WINKLER. e-mail: winczer@wp.pl)

1920 - DG. Kopalnia "Reden". Chodnik. (FOTO: Zbiory własne nddg)

19230925 DG - Pogrzeb ofiar katastrofy górniczej w kopalni "Reden". (FOTO: "Dąbrowa Górnicza" - Wydawnictwo "Śląsk" Katowice - 1976)

1939 DG - Reden. Odsłonięcie pokładu Reden. (FOTO: St. Doktorowicz - Hrebnicki. "Przewodnik po Zagłębiu Dąbrowskim" - Komitet Przewodnika po Zagłębiu Dąbrowskim - Sosnowiec 1939)

1939 DG - Rden. Kościół i Kopalnia "Reden". (FOTO: St. Doktorowicz - Hrebnicki. "Przewodnik po Zagłębiu Dąbrowskim" - Komitet Przewodnika po Zagłębiu Dąbrowskim - Sosnowiec 1939)

1943 - DG - Kościół i miejsce po dawnej kopalni "Reden". - Bi - 1945. (FOTO: Prywatna kolekcja kart pocztowych - Robert WINKLER. e-mail: winczer@wp.pl)

19800520 DG - Park Centrum. Boisko sportowe. (FOTO: Dariusz Nowak - nddg)

19991102 DG - Centrum. Park "Hallera". Widok na boisko obok stacji Pogotowia Ratunkowego. (FOTO: Dariusz NOWAK - nddg)

20040412 DG - Centrum. Park Hallera. Hala Widowiskowo-sportowa "Centrum". Tablica pamiątkowa. (FOTO: Dariusz Nowak - nddg)

20051030 DG - Centrum. Park im. Hallera. Alejka parkowa. (FOTO: Dariusz Nowak - nddg)

20051030 DG - Centrum. Park im. Hallera. Widok na Aquapark NEMO. (FOTO: Dariusz Nowak - nddg)

20070825 DG - Centrum. Widok na miasto z balkonu wysokiego wieży głównej Bazyliki MBA. Park im. Hallera. Aquapark NEMO. (FOTO: Dariusz Nowak - nddg)

20070825 DG - Centrum. Widok na miasto z balkonu wysokiego wieży głównej Bazyliki MBA. Park im. Hallera. (FOTO: Dariusz Nowak - nddg)

20070825 DG - Centrum. Widok na miasto z balkonu wysokiego wieży głównej Bazyliki MBA. Ulica Królowej Jadwigi. (FOTO: Dariusz Nowak - nddg)


Położona w wyrobiskach pomiędzy Dąbrową i Gołonogiem, które były eksploatowane przez ludność miejscową aż do III rozbioru.

Uruchomienie kopalni nastąpiło w 1785 roku, a nazwę REDEN otrzymała w październiku 1796 roku od nazwiska dyrektora Wyższego Urzędu Górniczego we Wrocławiu, po przejęciu jej przez Urząd Górniczo - Hutniczy w Tarnowskich Górach.

Prowadzona była jako kopalnia odkrywkowa. Jednak po wyczerpaniu płytko zalegających pokładów węgla, a tak zwany nadkład stawał się zbyt gruby, postanowiono około roku 1798 głębić szyb upadowy i wybudować sztolnię odwadniającą. Sztolnia ta miała około 2 km. długości i 25 m. głębokości. Biegła pod ziemią do dzisiejszej ulicy Kościuszki, gdzie łączyła się z kanałem szybu wodnego, usytuowanego w miejscu, gdzie później wybudowano salę balową Resursy przy ulicy 3-go Maja. Kanał ten, obsadzony topolami, miał ujście do rzeki.

Równocześnie poszukiwano w trzech miejscach przy drodze z Dąbrowy do Będzina, nowych pokładów, nadających się do przemysłowej eksploatacji. Założono kilka nowych szybów, tak że już w 1799 roku, obok eksploatacji odkrywkowej, prowadzono eksploatację głębinową przez trzy szyby wydobywcze: "TOMASZ", "JÓZEF" i "FLORIAN". Wydobycie węgla wzrosło od 1799 do 1805 roku pięciokrotnie i osiągnęło 20 000 korcy.

Starano się zachęcić do stosowania węgla okolicznych właścicieli wapienników, cegielni i gorzelni. Z tego węgla korzystała też niewielka, państwowa huta ałunu w Dąbrowie.

W przeciwieństwie do nieregularnej i sezonowej eksploatacji wyrobisk przed 1796 rokiem, kopalnia REDEN czynna była bez przerwy, niezależnie od pory roku i pogody. Praca taka była czasami bardzo uciążliwa, dlatego też w 1799 roku zarząd skarżył się na notoryczne "ucieczki" pracowników, a w trzy lata później, na brak ludzi.

W 1800 roku władze górnicze wystawiły przy kopalni "REDEN" kryty słomą, prymitywny dom dla rachmistrza, w 1801 roku murowaną cechownię, w 1803 roku, pierwszy w Zagłębiu Dąbrowskim tzw. "familok - kamienica". W 1806 roku wybudowano koszary dla górników bez rodzin. Zamieniono je na szpital górniczy zwany lazaretem. W latach 1820-1822, przy drodze do Gołonoga powstają budynki dla robotników. W latach 1824-29, kolonia składała się z 70-u domków (54 drewnianych i 16 murowanych).

Węgiel z Dąbrowy był dostarczany do uruchomionej w 1802 roku huty "KRÓLEWSKIEJ" w Gliwicach, gdzie próbowano wytwarzać z niego koks.

Jan Ullman tworzy projekt rozbudowy kopalni w latach 1815-1816. Jego imieniem nazwano później sztolnię odwadniającą.

W 1816 roku kopalnia przechodzi na własność Królestwa Polskiego.

Około 1820 roku otwarto szkołę dla dzieci pracowników kopalni "REDEN". Ciężar opłat za naukę po kilku latach została przerzucona na górników.

W 1824 roku kopalnia poprzez kilka szybów o głębokości 20-30 m, zapoczątkowała eksploatację głębinową. Zainstalowano maszynę parową do wydobywania węgla na powierzchnię, a w transporcie podziemnym zaczęto stosować szyny żelazne. Przedłużono o około dwa kilometry sztolnię odwadniającą, założoną u schyłku XVIII wieku.

W 1826 roku zatrudnienie wynosiło 306 osób (blisko połowę wszystkich robotników zatrudnionych w górnictwie Zagłębia), a wydobycie sięgało 380 000 korcy, co stanowiło około 45% wydobycia węgla w Zagłębiu Dąbrowskim.

W 1828 roku w kopalni wybuchł pierwszy pożar, poprzez samozapalenie się pozostawionego w podziemnych korytarzach, miału węglowego. Po ugaszeniu wznowiono proces wydobywczy, jeszcze kilkakrotnie przerywany kolejnymi pożarami.

Wobec niekorzystnej koniunktury na rynku, w początkach lat 30-tych XIX wieku, spadło zapotrzebowanie na węgiel w hutach cynku. Wydobycie węgla zmniejszyło się o około 50% w roku 1829, w stosunku do roku 1827-go. Również zatrudnienie spadło w tym czasie o połowę. Dopiero decyzja o budowie w 1833 roku huty Bankowej w Dąbrowie, spowodowała powtórny rozkwit kopalni.

W 1833 roku kopalnia przechodzi na własność Banku Polskiego. Rozpoczęto liczne prace modernizacyjne, co spowodowało potrojenie wydobycia węgla w latach 1833 - 1837. Najbardziej korzystnym był rok 1842. Następuje kryzys i załamanie zbytu na węgiel. Efektem jest zwolnienie z pracy 180 górników.

W skutek nie przeprowadzania prac inwestycyjnych i czysto rabunkowej działalności, warunki techniczne kopalni ulegały ciągłemu pogarszaniu, co doprowadziło do pożaru kopalni około roku 1860-go. Po pięciu latach nieudanych prób opanowania pożaru, kopalnię zatopiono i unieruchomiono. Od 1865 roku próbowano eksploatować odkrywkę. Utworzono dwie nowe kopalnie: "ŁABĘCKI" i "NOWA". Władze carskie nie dawały środków na modernizację. Instalowano stare i wysłużone maszyny ze zlikwidowanych kopalń.

Kopalnia zostaje sprzedana na licytacji w 1876 roku, wraz z hutą "BANKOWA" i kopalniami: "KSAWERY" (zwanej wówczas "KOSZELEW"), "CIESZKOWSKI" i "NOWA". Nowymi nabywcami są podstawieni przez francuskich bankierów i fabrykantów, dwaj carscy oficerowie: A. Plemiannikow i A. Riesenkampf. Wkrótce po transakcji, wydzierżawili oni kopalnie na 90 lat, a hutę na 36 lat paryskiemu Bankowi Francusko-Włoskiemu, który powołał Towarzystwo Francusko-Włoskie Dąbrowskich Kopalń Węgla z siedzibą w Dąbrowie, a przy współudziale dwóch francuskich przedsiębiorstw przemysłowych - Societe Anonyme der Forges et Acieres de Huta Bankowa z siedzibą w Paryżu.

W 1875 roku w kopalni wybucha kolejny pożar. Następne lata to ciągły spadek wydobycia, który w 1877 roku doprowadził do zamknięcia kopalni.

Od 1897 roku, po przetargu, kopalnią zarządza "Towarzystwo Górnicze Francusko - Rosyjskie". Odbudowano kopalnię, a w 1899 rozpoczęto systematyczną pracę. Wraz z inwestycjami rosło wydobycie węgla. W 1907 roku Kopalnia "REDEN" wysunęła się na pierwsze miejsce.

W okresie zaborów kopalnia została w bardzo dużym stopniu eksploatowana w sposób rabunkowy. Również park maszynowy został doprowadzony do tragicznego stanu.

Po odzyskaniu niepodległości, w 1918 roku kopalnią zarządza "Towarzystwo Górnicze Francusko - Polskie". Sytuacja kopalni polepszała się, szybko uzyskując wydobycie z 1913 roku. Dobra passa trwała do 1923 roku. Po przyłączeniu do Polski części Górnego Śląska, wraz z dobrze oprzyrządowanymi kopalniami, tamtejsze zakłady były konkurencyjne w stosunku do zagłębiowskich. Trudną sytuację, pogłębiła hiperinflacja, trwająca do stycznia 1926 roku.

W nocy z 20/21 września 1923 roku, doszło w kopalni "REDEN" do katastrofy. Kopalnia posiadała bardzo złą wentylację. Pożar na jednym z chodników doprowadził do wybuchu gazów na innych chodnikach, w wyniku czego śmierć poniosło 38 górników. Przyczyny wybuchu nie są do końca wyjaśnione. Dyrekcja obwiniła ratowników, którzy pożar na jednym z chodników gasili wodą, co miało się przyczynić w wyniku dysocjacji pary i spalania węgla, do wybuchu gazów. Ogień sygnalizowali już robotnicy ze zmiany popołudniowej, którzy przebili się do starego wyrobiska, powodując zapalenie się gazów. Dyrekcja zlekceważyła niebezpieczeństwo, i wysłała do pracy robotników na nocną zmianę. Podczas robót strzałowych, wybuch zniszczył jeszcze jedną ścianę węglową oddzielającą nowe wyrobiska od starych. Gazy, które wydobywały się teraz na całą kopalnię, doprowadziły do pożaru i wybuchu, odcinając grupie robotników dojście do szybu głównego. Do akcji ratowniczej przystąpiły służby ze wszystkich okolicznych kopalń oraz uczniowie ze Szkoły Górniczej. Przez całą noc i następny dzień, przed zabudowaniami odbywały się drastyczne sceny. Rodziny uwięzionych górników czekały na informacje o swoich bliskich. W wyniku akcji ratowniczej, wydobyto na powierzchnię ciała 27 górników. Do pozostałych udało się dotrzeć dopiero po kilku miesiącach, gdy ugaszono pożar.

24 maja 1924 r. w Sądzie Okręgowym w Sosnowcu dr Adam Pawełek wygłosił mowę oskarżającą w procesie o katastrofę na kopalni "Reden". Tekst ten ukazał się jako dodatek specjalny do tygodnika "Głos Zagłębia - organ Polskiej Partii Socjalistycznej w Zagłębiu Dąbrowskim". (tekst źródłowy)


Wysoki Sądzie!

Rok i osiem miesięcy upłynęło w dniu rozpoczęcia tej sprawy od chwili kiedy Zagłębie Dąbrowskie, a z nim cały kraj został do głębi wstrząśnięty straszną wiadomością o katastrofie na kopalni "Reden". Któż z nas bliskich sąsiadów nie odczuwał tego silnego wrażenia, które wywoływały nadchodzące wieści o szczegółach tego nieszczęścia? Od chwili, gdy wczesnym rankiem dnia 21 września 1923 r. rozległ się przeraźliwy jęk syreny kopalnianej, długo i przejmująco wzywający o pomoc, kiedy gęsty a czarny słup dymu gryzącego wydobywał się z czeluści głównego szybu redenowskiego, nad którym wyczekiwały żony i dzieci górników, którzy wczoraj na trzecią zjechali zmianę w otchłań kopalni. Okropne wrażenie potęgowało się z chwili na chwilę, nikt bowiem długo nie zdawał sobie sprawy z rozmiarów katastrofy. Kto był uczestnikiem masowego pogrzebu ofiar, kto widział ten smutny korowód złożony z 27 trumien, wychodzący ze szkoły górniczej w Dąbrowie, za którym ciągnął długi szereg zrozpaczonych wdów i sierot, i tych ich towarzyszy górników, którzy sami cudem uszli śmierci, ten rozumiał, że stało się coś, co obchodzi nie tylko rodziny, nie tylko górników i kopalnię "Reden", nie tylko całe Zagłębie, ale coś, co ciężarem odpowiedzialności spadło na całe społeczeństwo. Hołd ofiarom złożył reprezentant prezydenta ministrów i województwa, oficjalny udział wzięli w pogrzebie reprezentanci wszystkich miejscowych władz rządowych, samorządowych oraz reprezentanci instytucji społecznych; żałoba spowodowała, że w dniu pogrzebu stanęły w uroczystym milczeniu wszystkie kopalnie i fabryki. Obradujący podówczas Sejm jednogłośnie przyjął nagłość wniosku posłów robotniczych domagających się natychmiastowego zbadania przyczyn katastrofy i ukarania winnych oraz zabezpieczenia losu pozostałych rodzin. Brzemię nieszczęścia było tak wielkie, że spadało swym ciężarem na cały kraj, wielkość jego w przyczynach i skutkach tak straszna, że musiało się zmobilizować zbiorowe sumienie społeczeństwa, które dotąd nie wiedziało wcale, w jakich warunkach pracują polscy górnicy. I dlatego ta trzydniowa rozprawa sądowa, oprócz swojego charakteru wymiaru sprawiedliwości, ma ten głęboki podkład społeczny i dlatego słusznie powiedział p. prokurator, że gdyby można wysokością kary wymierzyć rozmiary winy i klęski, to nie można by w tym artykule, z którego odpowiadają oskarżeni, znaleźć odpowiedniej kary.

Występuję w tym procesie w imieniu wdów po zmarłych górnikach i moim zadaniem będzie ustalić z jednej strony kto i co spowodowało katastrofę, zaś z drugiej wyświetlić stanowisko górników polskich wobec kapitału francuskiego na kopalni "Reden" oraz stanowisko tychże pracodawców wobec robotników.

Ponury obraz tego, co dnia 20 września 1923 r. rozegrało się dwieście metrów pod ziemią na dnie kopalni, jest następujący: o godz. 16.30 górnik Sobieraj pracujący na 6 chodniku IV pochylni wystrzelił dwie dziury miedziankitem; zaraz po wystrzeleniu z wystrzelonych otworów zaczął się wydobywać dym, który Sobierajowi przeszkadzał w dalszej pracy; gdy zaś zjawisko to za długo trwało i gdy dym dawał odczuwać jakąś ostrość, po dwóch godzinach niepewności sztygar Adolf zbadał przyczynę powstania dymu, za którym krył się zdradliwy płomień. Okazało się, że Sobieraj natrafił na pustą komorę, która niedostatecznie zamulona wypełniona była gazami, te zaś w zetknięciu się z wybuchającym miedziankitem zapaliły się. Sztygar Adolf wydał natychmiast zarządzenia: oto zawiadamia Zarząd kopalni, usuwa robotników z sąsiednich chodników i umieszcza ich na chodniku 7, najbliższym wentylacji, każe znosić fele, gwoździe i płótno celem stawiania tam, wreszcie wysyła ludzi po aparaty ratownicze, przede wszystkim zaś zasypuje wystrzelone otwory piaskiem i ziemią. Jak stwierdzają wszyscy rzeczoznawcy, zarządzenia Adolfa były ze wszystkich zarządzeń, jakie wydano w ciągu całego czasu, najrozumniejsze i najbardziej celowe.

Stan taki trwa do godziny 21. Do tego czasu nikt się z Zarządu nie interesuje tym, co zaszło, chociaż o godz. 19 wysłano po aparaty na powierzchnię, chociaż zjawisko było pierwszym na "Redenie", nikt o niczym nie chce wiedzieć. Okazuje się, że zawiadowca inż. Zbyszewski jest nieobecny i do godziny 23 nie można go nigdzie odnaleźć, zastępcy zawiadowcy inż. Skrebowskiego również nie widać, nadsztygar Roguski jest od południa na urlopie. Dopiero o godz. 21 zdołano ściągnąć nadsztygara Roguskiego, gdy zaś o g. 22 znalazł się nareszcie na dole inż. Skrebowski z naczelnym inżynierem Janotą, Roguski przedstawił im swój plan działania, który też oni zaakceptowali. Kierownictwo akcją ujął teraz w swoje ręce Roguski, zaś Skrebowski patrzał jakiś czas na ogień, wreszcie po chwili odszedł i przy pożarze do końca się nie pokazał. Wszyscy biegli stwierdzili, że każde zarządzenie, które wydaje Roguski, jest nie tylko błędnym, ale powiększa ogień i przyśpiesza katastrofę. O godzinie 22 stan już był groźny i, jak świadkowie Grzesikowski i Kuzior stwierdzili, szybem głównym wydobywał się już tak silny dym, że trzecia zmiana górników i dozorcy wahali się, czy mają zjeżdżać na dół. Wtedy Roguski wydaje zarządzenia, aby ludzie zjechali na zwykłe roboty. Po zjeździe trzeciej zmiany formuje on dwie drużyny ratownicze z ludzi, którzy przeważnie z akcją gaszenia ognia byli zupełnie nieobeznani; wśród nich znajdują się nawet dwaj 17-letni chłopcy - Wojciechowski i Gutmański. Kazano tym drużynom przystąpić do ratowania kopalni. W jakichże warunkach odbywa się ta robota? Oto wbrew wszelkim elementarnym zasadom techniki Roguski każe rozkopać ogień, potem dopiero szuka wody i każe ogień gasić wiaderkami, bo wężów nie było pod ręką, wreszcie stawia tamy w miejscach zupełnie źle wybranych, niedostosowanych do sposobu opowietrzenia kopalni "Reden", zapomina usunąć ludzi z miejsc zagrożonych, wreszcie ludziom nie zajętym przy ogniu każe najspokojniej pracować na drugim polu koło wydobywania węgla. Górnicy bez szemrania, nie ociągając się, słuchają tych nierozumnych rozkazów, nie przeczuwając, że szykują sobie śmierć. Wreszcie znajduje się i zawiadowca Zbyszewski. Gdzie był przez cały czas poza kopalnią, co robił wtedy kiedy go szukano? Nie wiem. Inż. Zbyszewski odmówił do samego końca rozprawy swoich zeznań. Ale wiemy, że gdy już został poinformowany o wszystkim, zamiast zjechać natychmiast na dół, sprawdzić to co słyszał i nakreślić sobie plan działania, zamiast objąć, jak to było jego obowiązkiem, całą akcję ratowniczą w swoje ręce, zwleka, ociąga się, idzie do hali maszyn, idzie się przebrać i dużo czasu niepotrzebnie traci, zanim zjeżdża na dół, dostaje się tam bowiem koło godz. 24. Sprawdziwszy wreszcie stan rzeczy na miejscu, bez żadnej znajomości rzeczy akceptuje nieszczęsne zarządzenia Roguskiego, nie podejmuje się swoich obowiązków kierowania akcją gaszenia ognia, pozostawia ją w rękach Roguskiego. Od tego momentu wszystko dalsze zbliża katastrofę. Przychodzi sztygar Pronobis, aby zalewać buzujący już szeroko ogień wodą z węża pożarniczego, który ma zastąpić dotychczasowe wiaderka. Po chwili użycia stary wąż pęka, trzeba go reperować, tymczasem zaś uciec się znowu do kubełków. Obraz tego, co się działo w głębinach kopalni w ostatniej chwili poprzedzającej nieszczęście, przejąć musi grozą każdego, kto przysłuchiwał się zeznaniom dwóch uratowanych górników. Oto w ciasnym chodniku stłoczono czterdziestu ludzi i ludzie ci stoją w atmosferze gazów, twarzą w twarz z ogniem, bez masek, które by ich chroniły, wbrew wszelkiej logice zalewają na rozkaz ogień, po to, aby wywołać wybuch gazów, z których jedne ich duszą, drugie zaś spalają. I gdy około 1.30 w nocy rozległ się alarm, uciekać, "gazy na rurowym", górnicy w szalonej panice rzucają się do ucieczki, zaś fatalizm nieszczęścia popycha ich właśnie na rurowy, zostają obręczą gazów ściśnięci z obu stron w ciasnym korytarzu kopalnianym, wpadają wprost w oblicze śmierci. W tych czarnych podziemnych Termopilach kopalni "Reden" poległ Pronobis i 36 jego towarzyszy górników. Gdy w krótki czas potem zdołano dotrzeć do ognia, gdy dymy opadły, oczom żyjących ukazał się okropny widok. Trupy - jak opisuje akt oskarżenia - leżały twarzą do podstawy chodnika, niektórzy mieli ręce przy ustach i nosie, jakby chcieli się zasłonić przed gazami, inni trzymali się szpał, jakby walczyli o pierwszeństwo w ucieczce; popalona skóra, twarze impregnowane koksem i osmolone. Ale rozmiary katastrofy nie kończą się na tym. Bowiem ze źródła rozchodzą się gazy i na dalsze pole wschodnie, gdzie reszta górników z trzeciej zmiany, niepomna śmierci grożącej, pracuje z rozkazu Roguskiego nad wyrobiskiem i ładowaniem węgla, który z zamówienia w 40 wagonach miał odejść do Wiednia. I z tych ludzi musiano wynieść 40 górników zaczadzonych do szpitala, gdzie ich wyratowano na szczęście od śmierci.

Ukażę wreszcie ostatni obraz. Oto na podszybiu, które już od godz. 22 było zadymione, stoją w czadach sygnaliści, stoją bez respiratorów i pełnią tę niebezpieczną służbę jak żołnierze na warcie; co chwila trzeba ich zmieniać i wynosić, bo są zaczadzeni. O godzinie 1-2 w nocy pełni też służbę sygnalista Banasik. Inżynier Skrebowski przechodzi koło niego, widzi w jakim stanie się znajduje, radzi mu opuścić to miejsce. Banasik odpowiada, że tego uczynić mu nie wolno; nie zwrócono uwagi, że jest on bez respiratora; wreszcie zaczadzonego wynoszą go po spełnieniu służby, ale już na marach. Sygnalista Banasik padł jak żołnierz, nie opuszczając do końca swojego posterunku.

Oto jest obraz wypadków w nocy z 20 na 21 września 1923 r. na kopalni "Reden", własnością kapitału francuskiego będącej, gdzie pracuje kilkuset polskich robotników, obraz szkicowany węglem, ogniem i śmiertelnym potem polskiego robotnika, owiany trującymi gazami.

Przejdę teraz z kolei do omówienia wyników ekspertyzy, którą podzielić muszę na trzy grupy. Pierwszą z nich stanowią profesorowie Akademii Górniczej Czeczot i Skoczylas, drugą naczelnik Urzędu Górniczego w Królewskiej Hucie, starszy radca górniczy inż. Buzek, trzecią powołani na prośbę zawiadowcy Zbyszewskiego i z jego wyboru inżynierowie Swirtun, dyrektor Huty Bankowej oraz pp. Raźniewski i Wojewódzki.

Pierwszeństwo oddać muszę inż. Buzkowi; stwierdził on wyraźnie, że ofiary w ludziach spowodowane zostały nieudolną akcją ratunkową, pozbawioną fachowego kierownictwa ze strony zawiadowcy, względnie jego zastępcy; że zarządzenia Roguskiego co do gaszenia ognia były przeciwne wszelkim elementarnym zasadom pożarnictwa górniczego; że inż. Zbyszewski powinien był po sprawdzeniu stanu rzeczy natychmiast ująć kierownictwo, gdyż nie tylko jako zawiadowca, ale jako skończony technik powinien i musiał lepiej znać system opowietrzania swojej kopalni i do niego dostosować sposób gaszenia ognia, tymczasem tak on, jak i Skrebowski akceptowali nieudolny plan Roguskiego. Chociaż katastrofa spowodowana została, jak to wszyscy eksperci stwierdzili, z powodu tzw. przekątni wiatrów, to jednak według inżyniera Buzka, gdyby nawet na godzinę przed wybuchem gazów Zbyszewski, który już był na dole, usunął Roguskiego i sam akcję prowadził wedle techniki górniczej, katastrofa nie byłaby nastąpiła.

Nie do pomyślenia jest tylugodzinna nieobecność zawiadowcy i jego zastępcy na dole; jest wyraźnym przekroczeniem instrukcji górniczej brak należycie wyszkolonej drużyny ratowniczej, która jak na kopalni "Reden" nie była zaopatrzona w lampy elektryczne, tak że wbrew przepisom używano do ratowania ognia, tj. stalowano górników z 3 zmiany, którzy pracowali w atmosferze gazów z lampami karbidowymi; karygodnym niedbalstwo postawienia sygnalistów w czadach bez respiratorów.

Odpowiedzialność ponosi przede wszystkim inż. Zbyszewski, mniejszą już Skrebowski, zaś Roguski, który działał wprawdzie ze złym planem, ale na inny dzięki brakowi wykształcenia stać go nie było, a w każdym razie nie był obowiązany do kierownictwa akcją, gdy już na miejscu był Zbyszewski, ponosi najmniejszą odpowiedzialność, jest to ekspertyza jasna i konsekwentna.

Obaj zaś profesorzy Czeczot i Skoczylas zwalają winę katastrofy na nieprzewidziane zjawisko elementarne, tj. zmianę wiatrów, i prof. Czeczot nie wini z wyjątkiem Roguskiego nikogo więcej, zaś prof. Skoczylas stwierdza, że Zbyszewski nie może odpowiadać za to, że nie objął kierownictwa, gdyż do niego nie dorósł, jako zbyt młody inżynier, który się dobrze jeszcze z kopalnią nie zdążył obeznać, ponieważ dalej nie posiada on wrodzonego nerwu kierowniczego, co zaś do Skrebowskiego to nie odpowiada on dlatego, ponieważ gdyby zabrał się do kierowania akcją, to liczba ofiar mogłaby się jeszcze zwiększyć, a więc dobrze się stało, że wyręczył się Roguskim. Najwięcej błędów porobił Roguski, ale i ten nie jest winien, ponieważ i bez niego z powodu większej siły niszczycielskiej przyrody katastrofa by i tak przyszła.

Co się więc tyczy tej ekspertyzy, to muszę zaznaczyć, że profesorowie Czeczot i Skoczylas powołali się na to, że tzw. przekątnia wiatrów jest zjawiskiem nowym, którego teorię wyjaśnił dopiero prof. Czeczot i to dotychczas nie kategorycznie, a więc z tego powodu i Zbyszewski, i Skrebowski, chociaż ukończyli najwyższe uczelnie górnicze, o niej pojęcia mieć nie mogli i przewidzieć jej nie byli w stanie. Ale o jednym zapomniało się tutaj, że właśnie plan Roguskiego, który obaj zaakceptowali, spowodował przez zastosowanie do akcji systemu wręcz przeciwnego do sposobu opowietrzania, owo obrócenie się wiatrów, a to już mogli i powinni byli przewidzieć, od tego kształcili się technicznie, aby stawiać tamy tak i tam, gdzie tego wymaga upadowy sposób opowietrzenia kopalni "Reden", jedno więc z dwojga, albo nie znali sposobu opowietrzenia, albo nie znali elementarnych wiadomości fizyki, których brakiem tłumaczyć im się nie wolno.

Tak więc ta ekspertyza naukowa odnosić się może do skutków, ale Sądowi chodzić musi o przyczynę, którą oni już sami zawinili. Nie potrzebuję wreszcie dłużej zatrzymywać się nad inż. Skrebowskim, skoro broniący go prof. Skoczylas sam się wyraził o nim, że gdyby on się wdał w akcję ratunkową, to skutki byłyby jeszcze fatalniejsze.

Czyż koniecznym jest zastanawiać się nad ekspertyzą pp. Swirtuna, Raźniewskiego i Wojewódzkiego, gdy pierwszy z nich jest dyrektorem Huty Bankowej, należącej do tego samego Towarzystwa, co i Reden, a wszyscy trzej, składając winę nieszczęścia na przyrodę, dodają, że winien był także - kto? Oto nieboszczyk Pronobis. Komu jak komu, ale dyrektorowi Towarzystwa francusko-rosyjskiego nie wypada już coś zarzucać sztygarowi Pronobisowi, który lekceważąc życie swoje i życie 39 innych górników zmarł śmiercią bohaterską, ratując węgiel Towarzystwa rosyjskiego.

Co powiedziałby p. Swirtunowi duch Pronobisa, gdyby te słowa wdzięczności usłyszał od dyrektora Towarzystwa, dla którego poświęcił swoje życie i życie tylu innych niewinnych ludzi. Nad wspomnieniem Pronobisa należy jak nad wspomnieniem bohatera cywilnego, większego zaiste od wojskowego, przejść w głębokiej i pełnej czci, zadumie, a nie wyciągać go z grobu dla ratowania żyjących winowajców.

W świetle więc faktów i ekspertyzy wynika niezbicie, że katastrofa nie była wynikiem działania wyższych sił, ale była spowodowaną strasznymi warunkami pracy technicznej na kopalni "Reden" i lekkomyślną organizacją tej pracy. Przygotowano ją od dawna. Oto Zarząd kopalni nie prowadzi próbnych wierceń, które by uprzedziły Sobieraja, że dostaje się do próżnej komory, którą niegdyś wybrano, a zaniedbano szczelnie zamulić. Brak jest na kopalni drużyny ratowniczej, której nie posyła się na ćwiczenia, używa się do ratowania ognia ludzi ze zmiany, i to nieletnich, żałuje się pieniędzy na aparaty ochronne. Gdy dwa z siedmiu aparatów próbowali włożyć Zawisza i Zawadzki, odłożyli je z powrotem; nie dość, że są one starego, dzisiaj już nieużywanego systemu, ale są nieszczelne; słyszeliśmy, że resztę odrzucono jak szmelc nieużyteczny do kąta, nikt ich nie tknął, a trupy znaleziono bez masek; po cóż miano używać stare, niezdatne rupiecie.

Nie było lampek elektrycznych, potrzebnych przy zetknięciu się z gazami, a podobno ludzie pracują w gazach z otwartymi lampkami karbidowymi, od których, jak to zeznał Łata, zapala się gaz nad ich głowami. Do gaszenia ognia używa się węża pożarniczego, który jako zużyty pęka przy większym natężeniu prądu wodnego. Dla stojących w czadach sygnalistów brak jest respiratorów, wdychają wprost w siebie dym i giną jak muchy. Organizacja pracy jest taka, że zawiadowca nie zna swojej kopalni, niezdolny jest do kierowania akcją w razie niebezpieczeństwa, traci głowę, nie posiada elementarnych wiadomości z zakresu techniki górniczej.

Biegły Raźniewski porównał zawiadowcę Zbyszewskiego do kapitana okrętu na morzu; pięknie by wyglądał ów okręt, gdyby jego kapitan tak się znał na wiatrach morskich, jak Zbyszewski na podziemnych. O jego zastępcy mówi się, że się do niczego nie mieszał, a o nadsztygarze, że wszystko co robił, to było partactwo. Ze zgrozą słyszymy, że gdy nadeszła pomóc z innych kopalń, to nie można było zamulania rozpocząć, gdyż nie wiedziano, czy jeszcze ktoś nie został w zagrożonych miejscach, kopalnia bowiem nie prowadziła ewidencji ludzi zjeżdżających na dół.

Jakże tu mówić o tym, że to była elementarna, nieobliczona klęska, kiedy z ust biegłych dowiadujemy się, że gdyby na godzinę przed nieszczęściem wydał zawiadowca Zbyszewski umiejętne zarządzenia, katastrofy dałoby się uniknąć. Przecież gdy nadeszła pomoc z okolicznych kopalń, dobrze pod względem technicznym zaopatrzona, umiejętnie kierowana, to najmniejszego wypadku już w ludziach nie było. Gdy zaś taką opinię dają nam biegli, to słyszymy z drugiej strony, że najrozumniejszą głową był sztygar Adolf oraz że tylko dzięki orientacji dozorcy Kalety na czas wycofano z zagrożonego chodnika 30 ludzi, inaczej liczba ofiar byłaby wynosiła o 30 więcej.

W takich warunkach pracuje kilkuset ludzi na "Redenie".

Wszystko upoważnia mnie do twierdzenia, że powody tego nieszczęścia leżą głęboko na dnie gospodarki francuskiego kapitału w Polsce, że je przygotowywano od wielu lat na kopalni "Reden", to zaś, co się stało w nocy z dnia 20 na 21 września 1923 r., było już tylko jak w klasycznej tragedii greckiej doprowadzeniem do fatalnego rozwiązania w katastrofie wszystkich od dawna karygodnie nagromadzonych przyczyn.

A teraz kwestia zastosowania do tej sprawy ustawy karnej.

Konstrukcję prawną uzasadnił już należycie p. prokurator i nie potrzebuję jej tutaj więcej powtarzać. Związek przyczynowy pomiędzy oskarżonymi a ich ofiarami jest jak na dłoni widoczny i dostatecznie go umotywowałem. Ramowa treść art. 464 cz. 2 Kodeksu Karnego wypełniona jest po brzegi tymi zaniedbaniami, które podpadają pod § § 8, 10, 11, 12 instrukcji górniczej, zał. 4 do § 353 przepisów prowadzenia roboty górniczej, § 3, 191, 308, 338, 342, 350, 351 tejże instrukcji. Podzielam też pogląd p. prokuratora, że trudno jest robić, jak tego chcą biegli, ofiary z nadsztygara Roguskiego, skoro robił on to, co należało do zawiadowcy. Dodaję, że należy inż. Skrebowskiemu uczynić specjalny zarzut spowodowania śmierci Banasika i zaczadzenia innych sygnalistów wskutek braku respiratorów przez pogwałcenie przepisów § 348 instrukcji górniczej, a wreszcie, że akt oskarżenia winien zarzucić Zbyszewskiemu poza spowodowaniem śmierci 38 ludzi jeszcze i spowodowanie zaczadzenia pozostałych 40 górników z pola wschodniego, czyli nadto art. 454 KK.

Przechodzę wreszcie do ostatniego zagadnienia w tej sprawie, która mnie najwięcej obchodzi, do tragedii pracy ludzi podziemnych, polskich górników. Katastrofy na kopalniach nie należą do rzadkości. Spotykamy je wszędzie i zawsze; gdzie śmiały człowiek uzbrojony w lampę i kilof wdziera się w skorupę ziemi, aby jej wydrzeć nagromadzone bogactwa, których ona zazdrośnie i zdradliwie broni, aby przez nie inni ludzie korzystali z dobrodziejstw ciepła i światła, słowem z dobrodziejstw cywilizacji i kultury.

Na pracy górnika spoczywają fabryka, kolej, elektrownia, teatr; bez niego kultura dzisiaj już pomyśleć się nie da. Tam, gdzie praca ta jest należycie ceniona i ochraniana, gdzie na życiu ludzkim nie zarabia się, jak na "Redenie", groszy, wypadki są i rzadsze, i nie tak w skutkach groźne. Rosyjska ustawa górnicza zapewnia w wysokim stopniu bezpieczeństwo życia i zdrowia pracującym w kopalniach, cóż kiedy nie jest ona przestrzegana. Urząd Górniczy nie ma żadnej egzekutywy, polecenia jego nie są wykonywane; personel Urzędu stara się z wszelkich sił o bezpieczeństwo publiczne, cóż kiedy wszystko to nie ma wpływu na zarządy kopalń, które mają inne silniejsze poparcie. W związku z tą sprawą widzimy, że o tym, co zaszło na "Redenie", zawiadomiono Urząd Górniczy dopiero o godz. 6 rano, już po wszystkim, aczkolwiek lokal Urzędu znajduje się o parę kroków od kopalni. Jakim materiałem jest polski robotnik, przekonaliśmy się niejednokrotnie w ciągu tego procesu, gdyśmy z najwyższym podziwem patrzyli, jak ci robotnicy wykonują rozkazy, ratując węgiel swoim życiem, losem swoich wdów i sierot. Cóż czyni tę właśnie katastrofę tak różną od wielu innych przedtem i potem?

Oto ten rys heroizmu duszy polskiego górnika, niesłychanego jego poświęcenia i zaparcia. Zwrócę uwagę na ten drobny fakt, który przecież wiele mówi. Zawiadowca kopalni jest już poinformowany o niebezpiecznym położeniu, ale uważa za stosowne najpierw najspokojniej iść i przebrać się, a potem dopiero zjechać na dół; a z drugiej strony słyszymy, że kiedy trzeba było zatykać szczeliny w tamach, górnicy zrzucają ze siebie jedyną kapotę, aby pomóc akcji ratowniczej. Albo ten prosty sygnalista, któremu wyznaczono stójkę w czadach bez maski, ostrzegany o niebezpieczeństwie odpowiada, że służba jego jeszcze nie skończona i zostaje, a ze służby wynoszą go na marach.

Wszedł ów Banasik jako jeden z tych wzniosłych akordów do symfonii owych pięknych dusz wraz z tym swoim kolegą z tonącego "Titanica", który szedł pod wodę, rozsyłając ostatnie iskrowe depesze wzywające o pomoc dla rozbitków, i z tym niedawnym telegrafistą z Tokio, który spala się w pożarze wieży sygnałowej, ale do końca alarmuje świat o ratunek zagrożonych. Cała załoga "Redenu" wypełniła swój obowiązek aż do bohaterskiej śmierci i, mówiąc o nich, użyłem zwrotu, że poległa ona w walce ze strasznym i przemożnym wrogiem.

Jeśli wobec takiej armii pracy kapitał francuski postępuje tak pogardliwie jak właśnie na "Redenie", to wtedy musi nastąpić interwencja Sądu.

Szanowni Panowie Sędziowie!

Winnym najwięcej w tej sprawie jest system stosowany przez właścicieli kopalń, którzy w swojej ojczyźnie siedzieliby na ławie oskarżenia wraz z obecnymi oskarżonymi. Do czego ten system doprowadza, ma się dowód dotychczas. Oto zaraz po katastrofie Urząd Górniczy usunął zawiadowcę, jako nieudolnego, od kierowania kopalnią, jako tego, o którym i dzisiaj wszyscy jego eksperci powiedzieli, że nie nadaje się do tego stanowiska. Tymczasem kopalnia "Reden" zapewne dlatego, aby zaakceptować, że była w porządku w całej tej sprawie, najspokojniej pozostawia oskarżonego Zbyszewskiego na dotychczasowym stanowisku, chyba po to, aby przy następnym wypadku na kopalni powtórzyła się taka sama tragedia jak obecnie.

Kapitał francuski nie odpowiada przed polskim Sądem. Ale jego weksel bezpieczeństwa polskiego życia żyrował przed społeczeństwem inż. Zbyszewski, kiedy świadomie podpisywał deklarację, że przyjmuje na siebie gwarancję za życie i zdrowie powierzonych mu ludzi. Dzisiaj musi on za ten weksel społeczeństwu zapłacić. Katastrofa na "Redenie" została na razie zlikwidowaną; niedawno odnaleziono i pochowano ostatnie zwłoki poległych na dnie kopalni górników, zaś przed paru tygodniami p. Wojewoda w imieniu Prezydenta Rzeczypospolitej dekorował krzyżem zasługi bohaterów redenowskich.

Ostatnie słowo w tej tragedii przypada teraz Wysokiemu Sądowi. W imieniu jednej z wdów i sierot redenowskich rzucam na szalę sprawiedliwości ten grosz wdowi, aby ją swoją wartością przechylił.

dr Adam Pawełek


Dodatkowo sytuację kopalni pogorszyła wojna celna 1925 roku pomiędzy Polska a Niemcami, która spowodowała odcięcie kopalń dąbrowskich od odbiorców węgla w niemieckiej części Górnego Śląska. Kopalnia "REDEN" w 1925 roku pracuje tylko 3 dni w tygodniu. Ilość dni roboczych utrzymywał się na poziomie 3-5 dni aż do zamknięcia kopalni w 1934 r.

Wobec załamania się rynku pracy w kopalniach angielskich w 1926 roku związanych z zamykaniem tamtejszych kopalń, kopalnia "REDEN" zdobywa skandynawskie rynki. Jednakże w 1929 roku nadszedł kryzys w związku z załamaniem konsumpcji na rynku wewnętrznym.
Zmniejszyło się również zapotrzebowanie na węgiel ze strony przemysłu hutniczego i metalowego. Główny odbiorca węgla, Francja, również zmniejszyła dość drastycznie, bo o 30% zamówienia na węgiel z kopalni dąbrowskich. W drugiej fazie kryzysu, po 1932 roku, w kopalniach należących do Towarzystwa Francusko-Włoskiego, wydobycie spadło prawie o połowę, a w kopalni "REDEN" uzyskano tylko 28% produkcji przed kryzysowej. Mimo zastosowania w 1933 roku cen dumpingowych, wysyłka węgla do Danii spadła o 60%, wobec konkurencji angielskiej.

W latach 30-tych XX wieku, kopalnia posiada szyb wydobywczy o głębokości 205 metrów.

Ciągły ujemny bilans, skłonił Zarząd Towarzystwa Francusko-Włoskiego do unieruchomienia kopalni w 1934 roku. Próbowano uruchomić kopalnię w 1936 roku, ale wobec lepiej wyposażonych w nowości technicznie kopalń górnośląskich, a później również zaolziańskich, próba nie udała się i kopalnia zostaje ponownie zamknięta.

Nastają lata II wojny światowej. Polityka hitlerowskich Niemiec miała na celu całkowite opanowanie potencjału produkcyjnego Górnego Śląska i Zagłębia Dąbrowskiego. Moce produkcyjne miały być przejęte przez kapitał monopolistyczny, prywatny lub państwowy. W każdym przypadku musiał być ściśle powiązany z planami niemieckiej polityki wojennej. Realizację podjęto zaraz po opanowaniu Zagłębia jeszcze we wrześniu 1939 roku. Już 6-go września 1939 kopalnia zostaje przejęta pod zarząd komisaryczny Głównego Urzędu Powierniczego Wschód (Haupttreuhandstelle Ost) w Berlinie. Placówka ta powstała specjalnie do przejmowania mienia i obywateli Polski i innych państw, z którymi Niemcy prowadziły wojnę. W styczniu 1942 roku kopalnia "REDEN" zostaje przekazana koncernowi Preussische Bergwerks und Huttenaktiengesellchaft (Preussag). Firma ta była oparta wyłącznie na kapitale państwowym. Koncern posiadał już wcześniej kilka kopalni na terenie Górnego Śląska. W czasie wojny rozszerzał działalność w oparciu o polskie zagłębia węglowe, w tym głównie o dąbrowskie. W Sosnowcu powstała nowa filia koncernu, której podlegało 8 zespołów kopalń (Werksdirektionen), z których jedna, "GRAF REDEN", mieściła się w Dąbrowie.

14.03.1945 r. teren po kopalni "REDEN" przyłączono do kopalni "GENERAŁ ZAWADZKI" (dawniej i pod koniec istnienia - "PARYŻ").
   
         
    -
NA STARYCH MAPACH ^^ DO GÓRY ^^_=^ POWRÓT NA POCZĄTEK TEJ STRONY ^=_
   
 




       
 
1799 - Okolice Wsi Dąbrowa (fragment)


1833 - Dąbrowa. Plan sytuacyjny Kolonii Reden


1840 - Wieś Dąbrowa. Mapa kwatermistrzowska

 
1843 - Dąbrowa. Plan sytuacyjny okolic huty cynku "Konstanty" (fragment)


1860 - Wieś Dąbrowa i okolice (fragment)


1860 - Wieś Dąbrowa (fragment)

 
1860 - Dąbrowa. Zakłady przemysłowe i osiedla robotnicze (fragment)


1907 - Górny Śląsk. (Schlesien - Verbreitung Der Polen) wyd. Niemcy (fragment)


1908 - Dąbrowa. Austriacka mapa sztabowa

 
1910 - Monarchia Austiacko-Węgierska. wyd. Austria (fragment)


1911 - Okolice Dąbrowy


1915 - Okolice Dąbrowy na mapie Wojskowego Instytutu Geograficznego

 
1916 - Okolice Dąbrowy na mapie szkicowej


1916 - Mapa Galicji. wyd. Austria (fragment)


1917 - Dąbrowa Górnicza. Niemiecka mapa sztabowa

 
1918 - Dąbrowa Górnicza. Plan szkicowy miasta (fragment)


1918 - Mapa Dąbrowskiego Zagłębia Węglowego


1918 - Samochodowa mapa Królestwa Polskiego

 
1919 - Dąbrowa Górnicza. Plan osiedli Towarzystwa Franko-Polskiego (fragment)


1925 - Atlas samochodowy Westermana. wyd. Niemcy (fragment)


1926 - Dąbrowa Górnicza na mapie Zagłębia Dąbrowskiego

 
1927 - Szkicowy plan Miasta Dąbrowa Górnicza


1928 - Powszechny atlas geograficzny Polski. Mapa polityczna. Wyd. Romer (fragment)




 
1929 - Pustynia Błędowska i okolice. Mapa sztabowa. Wyd. WIG


1930 - Plan Miasta Dąbrowa Górnicza (fragment)


1930 - Okolice Dąbrowy Górniczej. Fragment Mapy Powiatu Będzińskiego (wyd. Księgarnia Adolfa Żmigroda w Będzinie)

 
1930 - Okolice Dąbrowy Górniczej. Fragment Mapy Powiatu Będzińskiego (wyd. Księgarnia Adolfa Żmigroda w Będzinie)


1930 - Dąbrowa Górnicza i okolice. Mapa sztabowa. Wyd. WIG


1932 - Tereny występowania biedaszybów w Dąbrowie Górniczej i okolicach

 
1933 - Dąbrowa Górnicza i okolice. Mapa sztabowa. Wyd. WIG


1937 - Górny Śląsk. Niemiecki atlas drogowy (fragment)


1937 - Górny Śląsk. Niemiecki atlas drogowy

 
1937 - Górny Śląsk. Niemiecki atlas drogowy


1938 - Mapa Polski. Wyd. Lipsk - Niemcy


1938 - Małopolska. Mapa komunikacyjna (fragment)

 
1939 - Dąbrowa Górnicza. Niemiecki plan wodociągów





1942 - Dąbrowa Górnicza i okolice. Mapa sztabowa. Wyd. WIG

 
1942 - III Rzesza Niemiecka. Dąbrowa Górnicza i okolice. Mapa sztabowa (fragment)


1942 - Górny Śląsk. (Oberschlesien Bezirk Troppau - fragment)


Plan miasta - sektor 13

       


   
         
         
 


aktualizacja : poniedziałek, 19 listopad 2012.
<< SPIS TREŚCI - TOP <<POWRÓT DO STRONY GŁÓWNEJ_=^ POWRÓT NA POCZĄTEK TEJ STRONY ^=_ << WRÓĆ - Przemysł w DG - GÓRNICTWO <<

Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i powielanie wyłącznie za zezwoleniem autora.